Gdzie teraz jesteśmy?

wtorek, 26 lipca 2011

Moni-Ruteng-Labuanbajo

Do Moni dotarlismy okolo poludnia, mielismy wiec torche czasu, zeby przejsc sie po miasteczku i okolicach. Moni to w zasadzie wioseczka, kilka domow rozrzuconych wokol glownej drogi - transFlores highway. Kiedy czlowiek troche z niej zboczy moze znalezc jeszcze tradycyjne domy kryte strzecha. Dodam, ze w Moni rowniez nie bylo wody, ale na szczescie doprowadzali ja rura z pobliskiego strumienia, nie musielismy nosic wielkich baniakow:)
Spacerowalismy po okolicznych polach ryzowych wzbudzajac wielka sensacje miejscowych - dzieci biegaly za nami, probowaly nas sledzic tak, zebysmy ich nie zauwazyli. Nie wiem czy ktorekolwiek z nas wspominalo, ze w Indonezji samo pojecie spacerowania jest dziwne. Tu nikt nie spaceruje, idzie sie zawsze w jakies miejsce, do jakiegos celu. Miejscowi sa zawsze zdziwieni, kiedy na pytanie dokad idziemy odpowiadamy - "jalan, jalan" (czyli idziemy). Dziwni ci biali!
Po obejrzenbiu pol ryzowych ruszylismy w gory. Widzielismy wioski do ktorych nie dojezdza nic, jest tylko malutka sciezka miedzy drzewami. W drodze powrotnej udalismy sie zobaczyc wodospad. I jakie bylo moje zaskoczenie kiedy zobaczylam, ze do glownej dorgi mozna sie dostac tylko przez trzy bambusowe mostki zawieszone nad rzeka. Bambus uginal sie przy kazdym kroku, pode mna byl gleboki na ok. 5 m kanion i rzeka. Nie bylo innej drogi, tylko zawrocic (i wracac kolejne 2 godziny). Zdecydowanie bylo to traumatyczne przezycie (S. oczywiscie sie ze mnie smial :)
Po powrocie szybko polozylismy sie spac, bo juz o 4 czekala nas pobudka - jechalismy na Kelimutu, kolejny wulkan w Indonezji. Kelimutu to swieta gora dla miejscowych. W kraterze znajduja sie trzy jeziora, kazde innego koloru, z powodu barwiacych je mineralow. Jeziora zaleznie od pory roku i pogody moga zmieniac kolor. MIejscowi wierza, ze dusze zmarlych trafiaja do tych jezior w zaleznosci od wieku i charkteru. Dusze dzieci do jeziora turkusowego, dobrych doroslych do zielonego, zlych do brazowego (lub czarnego, w zlaeznosci od pory roku). Ponadto wierzy sie rowniesz, ze kiedy wszystkie 3 jeziora beda w tym samym kolorze nastapi zaglada Indonezji (niektorzy twierdza, ze podczas tsunami 2 jeziora byly tego samego koloru).
Kelimutu przywital nas deszczem i mgla. Nie bylo widac nic, nawet kawalka jeziora. Na szczescie stopniowo, wraz ze wschodem slonca wiatr rozwiewal chmury i moglismy zobaczyc jeziora. Robily niesamowite wrazenie i mam wrazenie, ze zdjecia nie do konca oddaja ich piekno.
Z gopry zeszlismy na piechote - 13 km spacer przez prawie tropikalna dzungle. Po drodze zobaczylismy gorace zrodla i kolejny raz odwiedzilismy wodospad. Tym razem bylam dzielniejsza :) Zwlaszcza kiedy zobaczylam jak miejscowy przejezdza po mostku na motorze!!!
Nastepnego dnia rano czekal na nas autobus do Ruteng. Zdazylismy jeszcze tylko przejsc sie po targu w Moni, ktory odbywea sie w kazdy poniedzialek. Taki prawdziwy targ dla lokalnych ludzi, bez pamiatek i badziewia.
Podroz do Ruteng zajela nam caly dzien, dopiero wieczorem bylismy na miejscu, szybko znalezlismy hotel i poszlismy spac. Rano razem z plecakami pojechalismy do Cianciar, malej wioski, gdzie znajduja sie slynne pajecze pola ryzowe. Taki ksztalt podobno wrozy urodzaj. W drodze spotkalismy siostry zakonne, ktore lamana angielszczyzna zaprosily nas do zwiedzenia pobliskiego szpitala.
Z Cianciar pojechalismy do Labuanbajo. I nagrodzilismy sie za trud podrozy - poszlismy na kolacje z prawdziwego zdarzenia - do restauracji z widokiem na zatoke.
Dzisiaj S. wykupil sobie nurkowanie, dlatego ja pisze notatke, choc to nie moja kolej :) Za to ja zamierzam isc sobie na tradycyjny indonezyjski masaz.
Jutro wyplywamy na 4 dniowy rejs przez Rince, Komodo i Sumbawe, wiec na pewno nie bedziemy miec dostepu do internetu.
Zdjec oczywiscie nie umiem wrzucic, mam nadzieje, ze S. to zrobi jak wroci.
K

piątek, 22 lipca 2011

Na koniec swiata i jeszcze dalej! Maumere-Larantuka-Lewoleba-Lamalera

Z Bajawy pojechalismy porannym autobusem do Maumere – jak juz wspomnialam jest to malo ciekawe miasteczko (ok. 55 tys. mieszkancow), ma jednak taka zalete, ze znajduje sie tu jedyny na Flores “kantor immigrasi”. Powiem szczerze, ze zdobycie wizy poszlo zdecydowanie gladko. W hotelu spotkalismy chlopca, ktory zaskakujaco dobrze mowil po angielsku (tzn. mowil cokolwiek, co w tych okolicach jest dosyc rzadkim zjawiskiem), ktory bardzo nam pomogl. Powiedzial jakie dokumenty potrzebujemy zlozyc, co skserowac. Okazalo sie, ze na wize czeka sie ok. 3 dni. Poniewaz nie chcielismy tyle czekac, tylko jechac dalej, poprosilismy go, zeby za drobnym wynagrodzeniem odebral nasze paszporty z ambasady. W ambasadzie tez wreczylismy drobna lapoweczke temu komu trzeba. Tym sposobem cala sprawa odbyla sie bez naszego udzialu i dzis trzymamy nasze paszporty, i mozemy podziwiac nowiutka indonezyjska wize (wazna do 24 sierpnia!)(swoja droga, dziwne to uczucie wreczac komus lapowke!)
Cala operacja poszla tak zaskakujaco sprawnie, ze juz o 9 rano moglismy zlapac autobus do Larantuki – portu na wschodnim wybrzezu Flores. Dzieki temu moglismy zlapac prom do Lewoleby (na wyspie Lembata). Na miejscu bylismy po poludniu. Niestety okazalo sie, ze do Lamalery, celu naszej podrozy, kursuja jedynie ciezarowki i to wczesnie rano. Zostalismy w Lewolebie na jedna noc. Przy okazji zwiedzilismy wioske I spotkalismy kilku ciekawych ludzi.
Pierwszym z nich byl indonezyjski wojskowy, ktory przyjechal do Lewoleby na inspekcje. Spotkalismy go w holu naszego hotelu, bardzo chcial z nami porozmawiac, pocwiczyc angielski, wymienic doswiadczenia. Wiele nam opowiedzial o Indonezji – edukacji, medycynie (jego zona jest lekarzem), miejscowych zwyczajach. Na koncu zaprosil nas na kolacje –ikan bakar, czyli pieczona ryba.
Oprocz niego spotkalismy w Lewolebie bardzo sympatyczna pare hiszpansko-holenderska – Raia I Stephanie, ktorzy klka dni wczesniej rozpoczeli roczna podroz dookola swiata. Podrozowalismy razem przez kilka dni I bardzo sie polubilismy, znalezlismy wsplny jezyk. Zaprosilismy ich do Polski w drodze powrotnej 
Nastepnego dnia rano zlapalismy jeepa do Lamalery – wioski wielorybnikow. Pdroz trwala ok. 4 godziny na dystansie 30 km, musicie wiec sobie wyobrazic jak wyglada droga. Okolo poludnia dotarlismy na miejsce i poczulismy sie tak, jakbysmy cofneli sie w czasie. Lamalera to wioseczka, w ktorej nie ma pradu (generator dziala tylko w nocy), wode trzeba wnosic na gore w kanistrach na wlasnej glowie(odkrylam, ze mozna calkiem niezle wykapac sie w 3,5 litra wody)! Jest za to pieknie i malo kto sie tutaj zapuszcza. Nie ma sklepow, pamiatek. Dogadac sie mozna tylko w Bahasa (S. pilnie cwiczy I idzie mu juz calkiem niezle, wiekszosc rzeczy potrafi juz zalatwic).
Nasz hostel (jedyny) znajdowal sie na szczycie wzgorza, z pieknym widokiem na cala okolice. Oprocz nas byli w nim tylko szalona para czesko-slowacka, przemierzajaca od 2 lat swiat autostopem I… Polak, szukajacy w Lamalerze od kilku tygodni spokoju ducha.
Codzienie, rano I wieczorem wielorybnicy wyplywaja w morze na polowanie. Maja malutkie lodeczki (od kilku lat z napedem motorowym, nie tak jak wczensiej – tylko z zaglem). Na porzedzie kazdej lodki staje harpunnik, ktory probuje bambusowym harupem trafic nadplywajace delfiny, wieloryby I rekiny. Wiezorem moglismy ogladac efety ich polowu lezace na plazy. Postanowilismy wybrac sie z nimi na polow.
Wstalismu o 6 rano, lodz juz na nas czekala. Przed polowem rybacy wyjeli obcieta pletwe ryby z poprzedniego polowu, pokropili woda swiecona, odmowili krotka modlitwe, zapewne o pomyslnosc lowow. Wyplynelismy w morze. Kilkakrotnie lodz zblizala sie do przeplywajcych delfinow, kilkakrotnie harpunnik rzucal sie wraz ze swoim harpunem do wody, bez efektu. W koncu jeden nieostrozny delfin podplynal za blisko. Woda zrobila sie krwista I po kilku chwilach walki zwierze lezalo juz na dnie lodki. I chyba ciesze sie, ze tego dnia nie zlowilismy juz nic wiecej.
Kiedy wrocilismy rybacy pocwiartowali delfina I moiglismy kupic kawalek na sprobowanie. Poprosilismy Mame Marie o przyrzadzenie go. Nie powiem, zeby bylo to najpyszniejsze danie swiata. Z wygladu przypomina wolowine, w smaku jest troche rybie, troche wolowe. Dziwne.
Tego dnia nie pospalismy zbyt dlugo, bo juz o 2 w nocy czekala na nas ciezarowka, ktora zabrala nas z powrotem do Lewoleby. Stamtad poplynelismy promem do Larantuki, dalej autobusem do Maumere. Tu odebralismy paszporty I jutro ruszamy dalej – do Moni, wspiac sie na wulkan Kelimutu (z trzema jeziorami na szczycie). Mamy nadzieje, ze bedzie juz coraz bardziej”cywilizowanie” I bedziemy mogli pisac czesciej.
Powoli zaczal sie nasz powrot do domu.

Zdjecia Maumere, Lewoleba, Lamalera

Flores "highway"
Nasz wesoly autobus

W drodze do szkoly

Dodatkowy pasazer pod moim siedzeniam, poczatkowo troche dziobal po pietach, ale potem sie uspokoil



Cos niesamowitego - prosty odcinek drogi!

 Lewoleba

Nocny targ


Proszona kolacja - oficer marynarki stawia!

Glowny, poza ciezarowkami srodek transportu na trasie Lewoleba - Lamalera. 30 km w 4 h, to mowi samo za siebie.

Czekajcie! jeszcze jeden pasazer!

Cos dziwnie chrumka, na dach z nim!

Lamalera
Widok z naszego tarasu


Kregi najwiekszego ssaka


Wielorybi tluszcz

Tak konczy tu kazda duza ryba

Garaze

Zabawy na plazy

Wilorybie cmentarzysko

Zeberko?

Popoludniowy polow - jedna duza manta


Wieczor na plazy



Godzina 7 rano, powraca nocna zmiana

delfinie podroby


Treasure shark


Juz wyplywamy, ostatnie przygotowania, sprawdzanie sprzetu

Ostrzenie harpunow


niestety tym razem pudlo


Trafiony! mamy delfina!




Krew lala sie doslownie strumieniami, zalewajac wnetrze lodki

Po walce chwila relaksu





Lekcja anatomii





Najwieksza wielorybia czaszka w kolekcji


Nic sie nie zmarnuje - suszona i sproszkowana glowa rekina, to podobno doskonale lekarstwo

Aoto nasza kolacja - gulasz z delfina. Delfinie mieso ma konsystencje gotowanych kurzych zoladkow i delikatny posmak watrobki, ogolnie rzec biorac nic szczegolnego.

Lewoleba (droga powrotna)



Samochod dla kazdego!

Prom do Larantuki