Do Moni dotarlismy okolo poludnia, mielismy wiec torche czasu, zeby przejsc sie po miasteczku i okolicach. Moni to w zasadzie wioseczka, kilka domow rozrzuconych wokol glownej drogi - transFlores highway. Kiedy czlowiek troche z niej zboczy moze znalezc jeszcze tradycyjne domy kryte strzecha. Dodam, ze w Moni rowniez nie bylo wody, ale na szczescie doprowadzali ja rura z pobliskiego strumienia, nie musielismy nosic wielkich baniakow:)
Spacerowalismy po okolicznych polach ryzowych wzbudzajac wielka sensacje miejscowych - dzieci biegaly za nami, probowaly nas sledzic tak, zebysmy ich nie zauwazyli. Nie wiem czy ktorekolwiek z nas wspominalo, ze w Indonezji samo pojecie spacerowania jest dziwne. Tu nikt nie spaceruje, idzie sie zawsze w jakies miejsce, do jakiegos celu. Miejscowi sa zawsze zdziwieni, kiedy na pytanie dokad idziemy odpowiadamy - "jalan, jalan" (czyli idziemy). Dziwni ci biali!
Po obejrzenbiu pol ryzowych ruszylismy w gory. Widzielismy wioski do ktorych nie dojezdza nic, jest tylko malutka sciezka miedzy drzewami. W drodze powrotnej udalismy sie zobaczyc wodospad. I jakie bylo moje zaskoczenie kiedy zobaczylam, ze do glownej dorgi mozna sie dostac tylko przez trzy bambusowe mostki zawieszone nad rzeka. Bambus uginal sie przy kazdym kroku, pode mna byl gleboki na ok. 5 m kanion i rzeka. Nie bylo innej drogi, tylko zawrocic (i wracac kolejne 2 godziny). Zdecydowanie bylo to traumatyczne przezycie (S. oczywiscie sie ze mnie smial :)
Po powrocie szybko polozylismy sie spac, bo juz o 4 czekala nas pobudka - jechalismy na Kelimutu, kolejny wulkan w Indonezji. Kelimutu to swieta gora dla miejscowych. W kraterze znajduja sie trzy jeziora, kazde innego koloru, z powodu barwiacych je mineralow. Jeziora zaleznie od pory roku i pogody moga zmieniac kolor. MIejscowi wierza, ze dusze zmarlych trafiaja do tych jezior w zaleznosci od wieku i charkteru. Dusze dzieci do jeziora turkusowego, dobrych doroslych do zielonego, zlych do brazowego (lub czarnego, w zlaeznosci od pory roku). Ponadto wierzy sie rowniesz, ze kiedy wszystkie 3 jeziora beda w tym samym kolorze nastapi zaglada Indonezji (niektorzy twierdza, ze podczas tsunami 2 jeziora byly tego samego koloru).
Kelimutu przywital nas deszczem i mgla. Nie bylo widac nic, nawet kawalka jeziora. Na szczescie stopniowo, wraz ze wschodem slonca wiatr rozwiewal chmury i moglismy zobaczyc jeziora. Robily niesamowite wrazenie i mam wrazenie, ze zdjecia nie do konca oddaja ich piekno.
Z gopry zeszlismy na piechote - 13 km spacer przez prawie tropikalna dzungle. Po drodze zobaczylismy gorace zrodla i kolejny raz odwiedzilismy wodospad. Tym razem bylam dzielniejsza :) Zwlaszcza kiedy zobaczylam jak miejscowy przejezdza po mostku na motorze!!!
Nastepnego dnia rano czekal na nas autobus do Ruteng. Zdazylismy jeszcze tylko przejsc sie po targu w Moni, ktory odbywea sie w kazdy poniedzialek. Taki prawdziwy targ dla lokalnych ludzi, bez pamiatek i badziewia.
Podroz do Ruteng zajela nam caly dzien, dopiero wieczorem bylismy na miejscu, szybko znalezlismy hotel i poszlismy spac. Rano razem z plecakami pojechalismy do Cianciar, malej wioski, gdzie znajduja sie slynne pajecze pola ryzowe. Taki ksztalt podobno wrozy urodzaj. W drodze spotkalismy siostry zakonne, ktore lamana angielszczyzna zaprosily nas do zwiedzenia pobliskiego szpitala.
Z Cianciar pojechalismy do Labuanbajo. I nagrodzilismy sie za trud podrozy - poszlismy na kolacje z prawdziwego zdarzenia - do restauracji z widokiem na zatoke.
Dzisiaj S. wykupil sobie nurkowanie, dlatego ja pisze notatke, choc to nie moja kolej :) Za to ja zamierzam isc sobie na tradycyjny indonezyjski masaz.
Jutro wyplywamy na 4 dniowy rejs przez Rince, Komodo i Sumbawe, wiec na pewno nie bedziemy miec dostepu do internetu.
Zdjec oczywiscie nie umiem wrzucic, mam nadzieje, ze S. to zrobi jak wroci.
K
Spacerowalismy po okolicznych polach ryzowych wzbudzajac wielka sensacje miejscowych - dzieci biegaly za nami, probowaly nas sledzic tak, zebysmy ich nie zauwazyli. Nie wiem czy ktorekolwiek z nas wspominalo, ze w Indonezji samo pojecie spacerowania jest dziwne. Tu nikt nie spaceruje, idzie sie zawsze w jakies miejsce, do jakiegos celu. Miejscowi sa zawsze zdziwieni, kiedy na pytanie dokad idziemy odpowiadamy - "jalan, jalan" (czyli idziemy). Dziwni ci biali!
Po obejrzenbiu pol ryzowych ruszylismy w gory. Widzielismy wioski do ktorych nie dojezdza nic, jest tylko malutka sciezka miedzy drzewami. W drodze powrotnej udalismy sie zobaczyc wodospad. I jakie bylo moje zaskoczenie kiedy zobaczylam, ze do glownej dorgi mozna sie dostac tylko przez trzy bambusowe mostki zawieszone nad rzeka. Bambus uginal sie przy kazdym kroku, pode mna byl gleboki na ok. 5 m kanion i rzeka. Nie bylo innej drogi, tylko zawrocic (i wracac kolejne 2 godziny). Zdecydowanie bylo to traumatyczne przezycie (S. oczywiscie sie ze mnie smial :)
Po powrocie szybko polozylismy sie spac, bo juz o 4 czekala nas pobudka - jechalismy na Kelimutu, kolejny wulkan w Indonezji. Kelimutu to swieta gora dla miejscowych. W kraterze znajduja sie trzy jeziora, kazde innego koloru, z powodu barwiacych je mineralow. Jeziora zaleznie od pory roku i pogody moga zmieniac kolor. MIejscowi wierza, ze dusze zmarlych trafiaja do tych jezior w zaleznosci od wieku i charkteru. Dusze dzieci do jeziora turkusowego, dobrych doroslych do zielonego, zlych do brazowego (lub czarnego, w zlaeznosci od pory roku). Ponadto wierzy sie rowniesz, ze kiedy wszystkie 3 jeziora beda w tym samym kolorze nastapi zaglada Indonezji (niektorzy twierdza, ze podczas tsunami 2 jeziora byly tego samego koloru).
Kelimutu przywital nas deszczem i mgla. Nie bylo widac nic, nawet kawalka jeziora. Na szczescie stopniowo, wraz ze wschodem slonca wiatr rozwiewal chmury i moglismy zobaczyc jeziora. Robily niesamowite wrazenie i mam wrazenie, ze zdjecia nie do konca oddaja ich piekno.
Z gopry zeszlismy na piechote - 13 km spacer przez prawie tropikalna dzungle. Po drodze zobaczylismy gorace zrodla i kolejny raz odwiedzilismy wodospad. Tym razem bylam dzielniejsza :) Zwlaszcza kiedy zobaczylam jak miejscowy przejezdza po mostku na motorze!!!
Nastepnego dnia rano czekal na nas autobus do Ruteng. Zdazylismy jeszcze tylko przejsc sie po targu w Moni, ktory odbywea sie w kazdy poniedzialek. Taki prawdziwy targ dla lokalnych ludzi, bez pamiatek i badziewia.
Podroz do Ruteng zajela nam caly dzien, dopiero wieczorem bylismy na miejscu, szybko znalezlismy hotel i poszlismy spac. Rano razem z plecakami pojechalismy do Cianciar, malej wioski, gdzie znajduja sie slynne pajecze pola ryzowe. Taki ksztalt podobno wrozy urodzaj. W drodze spotkalismy siostry zakonne, ktore lamana angielszczyzna zaprosily nas do zwiedzenia pobliskiego szpitala.
Z Cianciar pojechalismy do Labuanbajo. I nagrodzilismy sie za trud podrozy - poszlismy na kolacje z prawdziwego zdarzenia - do restauracji z widokiem na zatoke.
Dzisiaj S. wykupil sobie nurkowanie, dlatego ja pisze notatke, choc to nie moja kolej :) Za to ja zamierzam isc sobie na tradycyjny indonezyjski masaz.
Jutro wyplywamy na 4 dniowy rejs przez Rince, Komodo i Sumbawe, wiec na pewno nie bedziemy miec dostepu do internetu.
Zdjec oczywiscie nie umiem wrzucic, mam nadzieje, ze S. to zrobi jak wroci.
K
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz