Gdzie teraz jesteśmy?

piątek, 22 lipca 2011

Na koniec swiata i jeszcze dalej! Maumere-Larantuka-Lewoleba-Lamalera

Z Bajawy pojechalismy porannym autobusem do Maumere – jak juz wspomnialam jest to malo ciekawe miasteczko (ok. 55 tys. mieszkancow), ma jednak taka zalete, ze znajduje sie tu jedyny na Flores “kantor immigrasi”. Powiem szczerze, ze zdobycie wizy poszlo zdecydowanie gladko. W hotelu spotkalismy chlopca, ktory zaskakujaco dobrze mowil po angielsku (tzn. mowil cokolwiek, co w tych okolicach jest dosyc rzadkim zjawiskiem), ktory bardzo nam pomogl. Powiedzial jakie dokumenty potrzebujemy zlozyc, co skserowac. Okazalo sie, ze na wize czeka sie ok. 3 dni. Poniewaz nie chcielismy tyle czekac, tylko jechac dalej, poprosilismy go, zeby za drobnym wynagrodzeniem odebral nasze paszporty z ambasady. W ambasadzie tez wreczylismy drobna lapoweczke temu komu trzeba. Tym sposobem cala sprawa odbyla sie bez naszego udzialu i dzis trzymamy nasze paszporty, i mozemy podziwiac nowiutka indonezyjska wize (wazna do 24 sierpnia!)(swoja droga, dziwne to uczucie wreczac komus lapowke!)
Cala operacja poszla tak zaskakujaco sprawnie, ze juz o 9 rano moglismy zlapac autobus do Larantuki – portu na wschodnim wybrzezu Flores. Dzieki temu moglismy zlapac prom do Lewoleby (na wyspie Lembata). Na miejscu bylismy po poludniu. Niestety okazalo sie, ze do Lamalery, celu naszej podrozy, kursuja jedynie ciezarowki i to wczesnie rano. Zostalismy w Lewolebie na jedna noc. Przy okazji zwiedzilismy wioske I spotkalismy kilku ciekawych ludzi.
Pierwszym z nich byl indonezyjski wojskowy, ktory przyjechal do Lewoleby na inspekcje. Spotkalismy go w holu naszego hotelu, bardzo chcial z nami porozmawiac, pocwiczyc angielski, wymienic doswiadczenia. Wiele nam opowiedzial o Indonezji – edukacji, medycynie (jego zona jest lekarzem), miejscowych zwyczajach. Na koncu zaprosil nas na kolacje –ikan bakar, czyli pieczona ryba.
Oprocz niego spotkalismy w Lewolebie bardzo sympatyczna pare hiszpansko-holenderska – Raia I Stephanie, ktorzy klka dni wczesniej rozpoczeli roczna podroz dookola swiata. Podrozowalismy razem przez kilka dni I bardzo sie polubilismy, znalezlismy wsplny jezyk. Zaprosilismy ich do Polski w drodze powrotnej 
Nastepnego dnia rano zlapalismy jeepa do Lamalery – wioski wielorybnikow. Pdroz trwala ok. 4 godziny na dystansie 30 km, musicie wiec sobie wyobrazic jak wyglada droga. Okolo poludnia dotarlismy na miejsce i poczulismy sie tak, jakbysmy cofneli sie w czasie. Lamalera to wioseczka, w ktorej nie ma pradu (generator dziala tylko w nocy), wode trzeba wnosic na gore w kanistrach na wlasnej glowie(odkrylam, ze mozna calkiem niezle wykapac sie w 3,5 litra wody)! Jest za to pieknie i malo kto sie tutaj zapuszcza. Nie ma sklepow, pamiatek. Dogadac sie mozna tylko w Bahasa (S. pilnie cwiczy I idzie mu juz calkiem niezle, wiekszosc rzeczy potrafi juz zalatwic).
Nasz hostel (jedyny) znajdowal sie na szczycie wzgorza, z pieknym widokiem na cala okolice. Oprocz nas byli w nim tylko szalona para czesko-slowacka, przemierzajaca od 2 lat swiat autostopem I… Polak, szukajacy w Lamalerze od kilku tygodni spokoju ducha.
Codzienie, rano I wieczorem wielorybnicy wyplywaja w morze na polowanie. Maja malutkie lodeczki (od kilku lat z napedem motorowym, nie tak jak wczensiej – tylko z zaglem). Na porzedzie kazdej lodki staje harpunnik, ktory probuje bambusowym harupem trafic nadplywajace delfiny, wieloryby I rekiny. Wiezorem moglismy ogladac efety ich polowu lezace na plazy. Postanowilismy wybrac sie z nimi na polow.
Wstalismu o 6 rano, lodz juz na nas czekala. Przed polowem rybacy wyjeli obcieta pletwe ryby z poprzedniego polowu, pokropili woda swiecona, odmowili krotka modlitwe, zapewne o pomyslnosc lowow. Wyplynelismy w morze. Kilkakrotnie lodz zblizala sie do przeplywajcych delfinow, kilkakrotnie harpunnik rzucal sie wraz ze swoim harpunem do wody, bez efektu. W koncu jeden nieostrozny delfin podplynal za blisko. Woda zrobila sie krwista I po kilku chwilach walki zwierze lezalo juz na dnie lodki. I chyba ciesze sie, ze tego dnia nie zlowilismy juz nic wiecej.
Kiedy wrocilismy rybacy pocwiartowali delfina I moiglismy kupic kawalek na sprobowanie. Poprosilismy Mame Marie o przyrzadzenie go. Nie powiem, zeby bylo to najpyszniejsze danie swiata. Z wygladu przypomina wolowine, w smaku jest troche rybie, troche wolowe. Dziwne.
Tego dnia nie pospalismy zbyt dlugo, bo juz o 2 w nocy czekala na nas ciezarowka, ktora zabrala nas z powrotem do Lewoleby. Stamtad poplynelismy promem do Larantuki, dalej autobusem do Maumere. Tu odebralismy paszporty I jutro ruszamy dalej – do Moni, wspiac sie na wulkan Kelimutu (z trzema jeziorami na szczycie). Mamy nadzieje, ze bedzie juz coraz bardziej”cywilizowanie” I bedziemy mogli pisac czesciej.
Powoli zaczal sie nasz powrot do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz