Nastepnego dnia poszwedalismy sie do poludnia po Chinatown, bo juz o 13 mielismy sie spotkac z Prostym i Olga. Pokazalismy im czesc tego, co sami zwiedzilismy juz wczesniej, a wieczorem wybralismy sie na rejs stateczkiem po rzece.
Dzisiaj pospalismy sobie troche dluzej, pozniej przeszlismy sie nadbrzezem do skansenu, w ktorym odtworzono malezyjskie domki z roznych epok. Najwieksza atrakcja byly jednak spotkane po drodze jaszczury, ok. 1,5 metrowej dlugosci, plywajace sobie swobodnie w rzece, wylegujace sie w rynsztokach. Swoja droga ciekawe czy nie sa aby niebezpieczne?
Ok. 14 ruszylismy na autobus, ktory zawiozl nas bezposrednio do Kuala Lumpur. Dwa lata temu Prosty zatrzymal sie na kilka dni w tym miescie podczas swojej podrozy, robil wiec za naszego przewodnika. Od razu zaprowadzil nas do wlasciwego hostelu za niewygorowana cene (40RM za pokoj ze sniadaniem!). Hostel znajduje sie w chinskiej dzielnicy, zeby sie do niego dostac trzeba przejsc przez olbrzymie targowisko, gdzie mozna kupic wszystko (od okularow Ray Bana za 10 zl po torebki Luis Vuitton - jezeli sa jakies zamowienia prosze o maila).
Zjedlismy kolacje w malej knajpce z 'self service' - kazdy nakladal sobie na talerz co chcial (do wyboru z kilkunastu potraw) a starsza pani na koncu baru swoim wprawnym okiem podliczala. Bardzo chcialismy sie dowiedziec jak ona to robi, bo cena nie zalezala tylko od rodzaju potrawy, ale od ilosci nakladanej na talerz, szerokosci usmiechu itp. W kazdym razie pani z szybkoscia blyskawicy rzucala – 5,60RM albo 7 RM. I nie bylo dyskusji.
Po posilku przeszlismy sie do Petronas Towers – drugich najwyzszych na swiecie budowli, ktore obfotografowalismy z kazdej strony. Niestety nie moglismy juz na nie wjechac – wejscie bylo zamkniete, poza tym odstraszyla nas cena – 40zl za wjazd I to tylko na polowe wysokosci. Chyba poczekamy na wroclawski Skytower.
Przed chwila wrocilismy do naszej chinskiej dzielnicy, wybieramy sie jeszcze na zakupy owocowe – jest tu tyle owocow, ktorych nigdy w zyciu nie widzielismy, ze chcielibysmy przynajmniej kazdego sprobowac.
I jeszcze na koniec – juz nie mozemy sie doczekac Indonezji, bo jak na razie Malezja jest taka... europejska. W zasadzie drogi, sklepy, auta sa lepsze niz w Polsce. Nie ma dzieci, ktore nas w zeszlym roku obskakiwaly, nie mozna sie targowac w sklepach! Autobusy odjezdzaja punktualnie. Juz nie mozemy sie doczekac spotkania z ta 'egzotyka najwyzszej klasy' jak mowia przewodniki po Indonezji.
K
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz