Gdzie teraz jesteśmy?

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Singapur - miasto czysciochow i pracoholikow

Podroz do Singapuru minela nam calkiem znosnie. Mielismy niewielkie opoznienie i troche sie balismy, ze nie zdazymy na przesiadke we Frankfurcie, ale na szczescie na strachu sie skonczylo. W samolocie nawet udalo sie nam troche pospac, wyladowalismy o 15:50 lokalnego czasu (8:00 rano u nas)
Z lotniska odebral nas Vincent - kolega, ktory studiuje w Singapurze, a ktorego pozanalam podczas wizyty w Stanach. Pomogl nam wpakowac sie do metra i pilnowal, zebysmy wysiedli na dobrej stacji. Mielismy w planie udac sie prosto do naszego hostelu, zostawic rzeczy i pojsc na spacer po Singapurze. Jak sie okazalo nie bylo to takie proste.
Okazalo sie, ze adres zarezerwowanego przez nas pokoju byl niepelny. Najpierw mielismy problem, zeby znalezc wlasciwy budynek (w Singapurze numery domow nie ida po kolei, ale "jumps" jak nam z radosnym usmiechem wyjasnila pani w jednym z biur). Na szczescie okazalo sie, ze kolezanka Vincenta mieszkala kiedys w tym domu i telefonicznie doprowadzila nas tam. Na miejscu okazalo sie, ze dom to olbrzymi blok, 12-pietrowy, a my nie znamy numeru mieszkania. Jedyne co wiedzielismy to to, ze czlowiek od ktorego rezerwowalismy pokoj ma na imie Victor. Chlopcy przeszli caly budynek pukajac od mieszkania do mieszkania i w koncu zdobylismy numer telefonu do Victora. Victor odebral po ok. 40 min i z radoscia oznajmil, ze ten pokoj jest juz zajety i musimy pojechac taksowka pod inny adres. Wsciekli wsiedlismy do taksowki i pojechalismy. Pokoj faktycznie czekal, ale Victor nie pojawil sie w mieszkaniu do konca naszego pobytu. Chyba sie przestraszyl.
W sumie chyba lepiej na tym wyszlismy, bo nasz nowy pokoj mial przepiekny widok z okna na caly Singapur i byl blizej centrum. Tak wiec pierwsza przygoda za nami.
Kiedy wreszcie udalo nam sie zostawic rzeczy Vincent zabral nas do Chinatown, gdzie zjedlismy przepyszne jedzenie z ulicznego straganu. Chinatown to male miasto w miescie z niepowtarzalnym klimatem. Tak jakby czas sie tu zatrzymal - dookola wiezowce, drapacze chmur, a tu wciaz swieca sie chinskie latarnie na ulicy.
Pozniej pojechalismy na Clarke Quay - centrum nocnego zycia w Singapurze. Tuz przy rzece znajduje sie tyle barow, restauracji, ilu chyba jeszcze w zyciu nie widzielismy. Kazdy bar ma inny wystroj, sa otwarte na ulice i mozna tu spedzic czas w klimacie od mongolskiego po prowansalski. Nawet dla mlodych lekarzy cos sie znalazlo - bar Clinic, gdzie siedzi sie na wozkach, a drinki serwuja z "doustnych" kroplowek. Nad wszystkim goruja podswietlane rozowe parasole. Szzerze mowiac nie widzialam nigdy czegos takiego.
Nastepnego dnia rano pojechalismy do Little India, dzielnicy hinduskiej, ktora jednak nie zrobila na nas wiekszego wrazenia po zeszlorocznym pobycie w Indiach. Wszystko bylo takie... czyste!
Potem pojechalismy na Sentose - to wyspa tuz przy Singapurze zamieniona na centrum rozrywki. Zobaczylismy Aquanarium z podziemnym szklanym tunelem, wytwornie filmow Universal i mase innych atrakcji.
Kolejnym punktem naszej wyprawy bylo po raz kolejny Chinatown (tanie jedzenie!), gdzie zwiedzilismy swiatynie chinska Zebatego Buddy (podobno przechowuja w niej relikwie w postaci zeba Buddy). Nastepnie pojechalismy na Marina Bay, gdzie dolaczyl do nas Vincent. Marina to mala zatoka w biznesowym centrum Singapuru. Dookola wiezowce, z charakteryystycznym Bay Sands hotelem (trzy budynki, ktore na gorze polaczone sa ogromnym statkiem - zerknijcie na zdjecia). Obok znajduje sie symbol Singapuru - Merlion czyli pol lew pol ryba oraz Flyer - kolo mlynskie o srednicy 160m! Zwiedzilismy opere i teatr singapurski, udalo nam sie tez trafic w sam raz na watershow - wielkie przedstawienie z cyklu swiatlo-dzwiek.
Dzisiaj przejechalismy przez granice do Malezji, wlasnie siedzimy w kafejce i czekamy na autobus do Melaki
Singapur zrobil na nas olbrzymie wrazenie. To niesamowiecie nowoczesne miasto, bardziej niz Nowy Jork czy inne miasta w Stanach. Wszedzie sa wiezowce, miedzy ktorymi kwitna kwiaty, rosna zielone drzewa, przepieknie podswietlane w nocy. Jedno centrum handlowe zajmuje powierzchnie wieksza niz cale Bielany. A jest ich tu kilkadziesiat. Wszystko jest czyste, piekne, cieszy oko. Na ulicach co kilka metrow stoja rzezby - czasem Dali czasem Miro. :)
W Singapurze mieszkaja sami mlodzi ludzie, ulice w godzinach pracy sa praktycznie puste.
Wszystko ma jednak swoja cene - cale miasto jest oplecione siecia kamer i kazdy krok obywatela moze byc tutaj sledzony.
K

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz