Gdzie teraz jesteśmy?

piątek, 24 września 2010

25.09.2010 - Khajurao i Varanasi

Nastepnego dnia rano pojechalismy do Parku narodowego Panna. Sam park byl zamkniety, jeszcze nie zaczal sie sezon, ale mozna bylo ogladac wodospady Raneh. A widok byl niesamowity - koryto rzeki z powodu pory monsunowej bylo mocno wypelnione, woda przelewala sie, spadajac z ogromnym szumem z wysokosci 60m. Mily pan przewodnik zabral nas na spacer po okolicy, moglismy obfotografowac wodospad z kazdej strony, po drodze nabywajac wiedze o lokalnej florze i faunie. Dowiedzielismy sie z lisci jakiego drzewa uzyskuje sie czerwony barwnik do ozdabiania czola, ktore liscie sa lepsze do zawijania w nie tytoniu, gdzie chowaja sie krokodyle itp.
Po powrocie do hotelu zapakowalismy sie i ruszylismy na dworzec autobusowy. Tym razem przydaly sie nasze lancuchy - bagaze jechaly na dachu autobusu i trzeba bylo je mocno przywiazac, zeby nie pospadaly w czasie jazdy po indyjskich, dziurawych drogach. Na szczescie chlopcy staneli na wysokosci zadania i plecaki dojechaly calo do Satny, gdzie mielismy przesiadke.
Nasz pociag troche sie spoznil, poniewaz na torach w poblizu stacji rozlokowalo sie stado krow i trzeba bylo je przegonic. Czas ten spedzilismy w lokalnym fast foodzie, gdzie jedzlismy pyyysznego burgera z kotletem sojowym.
W Waranasi bylismy o 4 w nocy. Zmeczeni dojechalismy riksza do hostelu i poszlismy spac. Nastepnego dnia rano poznalismy wlasciciela naszego hostelu. Lala, przesympatyczny Hindus, wreczyl nam mape Waranasi i powiedzial co warto zobaczyc. Ostrzegal nas, ze na piatek planowane sa zamachy terrorystyczne i ze lepiej zobaczyc wszystko w czwartek. Okazalo sie, ze ok. 120 km od Waranasi jest swiatynia,do ktorej roszcza sobie prawa hindusi i muzulmanie. Kilka lat temu zostala ona zamieniona na meczet i w piatek miala przypadac rocznica tego wydarzenia (oczywiscie okazalo sie, ze zadnych zamachow w piatek nie bylo...)
Lekko zdenerwowani wynajelismy na caly dzien riksze i zwiedzilismy - swiatynie matki indii (swiatynia poswiecona nie bostwu, ale idei zjednoczonych Indii, ufundowana przez Gandiego, z ogromna mapa Indii rzezbiona w marmurze), fabryke jedwabiu (gdzie od 500 lat tka sie jedwab), Sarnath (miejsce, gdzie Budda wyglosil swoje pierwsze kazanie). Wieczorem wynajelismy lodke i poplynelismy wzdluz Gangesu. Widzielismy ceremonie Ganga aarti - ku czci matki Ganges (kazdy hindus ma kilka matek - 1 to ta, co urodzila, 2 - krowa, co wykarmila, 3- Ganges i 4 - Indie). Potem wrocilismy do hostelu, zjedlismy kolacje, popijajac 'special lassi from waranasi', czyli lassi (rodzaj shakea na bazie jogurtu) z marihuana - miejscowy przysmak.
Wstalismy o 5, bo na 5.30 umowiona byla lodz - tym razem mielismy poplynac na ghaty kremacyjne. Waranasi to swiete miasto, hindusi wierza, ze jezeli umrze sie tutaj dusza wedruje prosto do nieba. Stad tak wielu tutaj zebrakow czekajcych na smierc i zbierajacych pieniadze na swoj stos pogrzebowy. Biedniejsi moga skorzystac z elektrycznego krematorium (800rs), bogatsi kupuja drewno (1600kg na stos, 1 kg to koszt ok. 180 rs). Zwloki przynosza na plecach tylko mezczyzni, z ogolonymi glowami. Stos podpala najstarszy syn, ktory pozniej rozbij kijem czaske, by dusza mogla sie uwolnic. Po spaleniu popiol i resztki niedopalonych kosci wrzuca sie do gangesu (obok kapia sie dzieci, piora kobiety) i odchodzi, nie ogladajac za siebie (zerwana zostaje wiez ze zmarlym). Nie kremuje sie tylko swietych, kobiet w ciazy, tredowatych, dzieci i pokasanych przez kobre - tych wrzuca sie bezposrednio do rzeki i obciaza kamieniami.
Po przejazdzce wrocilismy do hostelu troche sie zdrzemnac, a potem ruszylismy w miasto - ogladajac przydrozne swiatynie, wchodzac do kramow z przyprawami i szalami. Wieczorem pojechalismy tym razem riksza na ghat kremacyjny i jeszcze raz obserwowalismy hindusow podczas pogrzebu i w czasie ceremoni aarti.
K.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz