Wstalismy rano o 5, o 5.30 podjechala po nas taksowka. Z pewnym smutkiem
zegnalismy Kalkute, z checia spedzilibysmy tam jeszcze kilka dni.
Dotarlismy na lotnisko po 6, poddalismy sie kontroli (niestety S.
stracil gaz pieprzowy, zarekwirowany na lotnisku) i wsiedlismy do
samolotu. Lot byl przedziwny - z miedzyladowaniem w Bombaju, o czym nie
bylo mowy na naszym bilecie, ze zmiana samolotu i masa zamieszania.
Na szczescie bez wiekszych przeszkod dolecielismy na Goa (jezeli nie
liczyc godzinnego opoznienia, ale do takich rzeczy zdazylismy
przywyknac). Taksowka pojechalismy z lotniska do najdalszej plazy w
poszkiwaniu spokoju i ciszy. Wybor padl na miejscowosc Palolem, prawie
na samym poludniu Goa, oddalona o 67 km od lotniska. Juz w czasie drogi
urzekla nas zupelnie inna roslinnosc - palmy kokosowe, pola ryzowe, masa
zieleni. Samo Palolem wyglada jak istny raj na ziemi - mieszkamy w domku
na plazy, po otwrciu drzwi widzimy palmy, blekitna wode, kutry rybackie
i suszace sie na piasku sieci i ryby. Palolem to miejscowosc rybacke,
dopiero w ostatnich latach zaczeli tu przyjezdzac turysci. Na razie jest
przed sezonem, ludzi niewielu, chyba wiecej jest tu hindusow probujacych
nam cos sprzedac niz turystow.
Wczoraj na plaze wybralismy sie dopiero kolo 16, zachod slonca jest tu
wczesnie, o 18, wiec niewiele polezelismy. Za to wieczorem zjedlismy
przepyszna kolacje (krewetki, kalmary, swiezutki tunczyk... mmm...) i
przespacerowalismy sie po wiosce.
Dzisiaj lezelismy juz od rana, duzo sie kapalismy, bo nie da sie
wytrzymac na tym sloncu, filtr 50 jest jak najbardziej uzasadniony. W
miedzyczasie dalam sie namowic na tatuaz z henny (20zl), troche mi sie
zal zrobilo chlopca ktory mi go proponowal.
I chyba tyle. Nie ma co za wiele pisac, to po prostu trzeba zobaczyc.
Goa to istny raj na ziemi. Chyba wicej niz slowa powiedza zdjecia.
K.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz