Amed dzien 1
Tak jak planowalismy dotarlismy do Amed przed poludniem. Amed (dokladnie Jemeluk) znajduje sie na wschodnim wybrzezu Bali. Podobnie jak na polnocy wyspy jest tu naprawde malo turystow. Za to krajobrazy sa tu zupelnie inne. Pola ryzowe i resztki puszczy tropikalnej ustapily miejsca rozlinnosci srodziemnomorskiej (opuncje, makia) oraz pojedynczym palmom kokosowym i bananowcom.
Troche czasu zajelo nam znalezienie hotelu w ‘naszej’ cenie. Przeszedlem 7 km wzdluz wybrzeza, zeby sprawdzic ceny hoteli. Oczywiscie okazalo sie, ze najlepsze ceny noclegow sa niedaleko miesca w ktorym wysiedlismy z taksowki. Wynajelismy ostatecznie dwa pokoje u rybaka, a jak sie potem okazalo soltysa wioski. Wytargowalismy bardzo dobra cene i bylo nam z tego powodu strasznie glupio, ale o tym pozniej. Szybko wrzucilismy rzeczy do pokojow i polecielismy na plaze. Byla ona co prawda kamienista, ale rafa byla tu jeszcze bardziej okazala niz w Lovinie. W przerwach miedzy plywaniem przelecialem sie po kilku bazach nurkowych i udalo mi sie znalezc dobra oferte nurkowa na wraku U.S. Liberty na nastepny dzien. Na wieczor zaplanowalismy sobie solidna kolacje. Juz w ciagu dnia umowilismy sie z miejscowymi rybakami, ze kupimy od nich ryby. Juz od 19 siedzielismy w restauracji na plazy, czekajac na powrot rybaka. Zjawil sie dopiero o 20. Szybko kupilismy zamowione rybki (dwa tunczyki) i polecielismy z nimi do kuchni. Po 20 minutach mielismy juz na talerzach grilowana rybe w sosie balijskim. Byla pyszna! Zamowilismy sobie do niej miescowy specyfik – arak – wodke robiona z wina palmowego. Tak skonczyl sie pierwszy dzien w Amed.
Amed dzien 2
Wstalem najwczesniej z calej czworki, poniewaz o 8.00 musialem byc juz w bazie nurkowej. W calym obejsciu panowalo duze poruszenie. Kazdy cos robil, a gospodarz wytlumaczyl mi glownie na migi, ze przygotowuja sie do wielkiego festiwalu, ktory ma sie odbyc nastepnego dnia. Zjadlem szybkie sniadanie (placek balijski – mieszanke czarnego ryzu z wiorkami kokosowymi) i ruszylem do bazy. Szybka przymiarka sprzetu i na wrak. Okazalo sie, ze bylem tego dnia jedynym klientem, wiec mialem przyjemnosc nurkowac z dwoma instruktorami. U.S Liberty to zatopiony w 1942 przez japonska lodz podwodna frachtowiec. Wrak jest przelamany w polowie, ma dlugosc ok 120 m i caly obrosniety jest koralami. Kadlub statku jest domem tysiecy ryb, osmiornic, muren i plaszczek. W sumie w czasie dwoch nurkowan spedzilem pod woda prawie 100 min.
W tym samym czasie po odespaniu podrozy wstala reszta wycieczki. Nasz gospodarz zaprosil ich do uczestnictwa w przygotowaniu calej uroczystosci. K. przygotowywala oltarzyki z kwiatow, smazyla Sate i wiele innych rzeczy. Mieli tez okazje skosztowac przygotowywanych smakolykow, ktore zostaly im najzupelniej w swiecie podane na sniadanie.
Okolo 10.00 pozostala w Amed trojka poszla na spacer ... 7 km, w okolice innego mniejszego wraku, ktory podziwiac mozna nurkujac z brzegu z rurka. Ja z kolei po powrocie z nurkowania (ok 14) doszedlem do nich. Wrak japonskiego kutra, byl znacznie mniejszy od Liberty, ale rownie pieknie obrosniety koralowcami. Pod wieczor wrocilismy spacerkiem do domu. Planowalismy powtorzyc nasz wczorajszy kulinarny wyczyn, ale nadchodzacy festiwal pokrzyzowal nam plany. Jak sie okazalo, tylko nieliczni rybacy wyplyneli w morze, a ci co wyplyneli spedzili tam o wiele mniej czasu niz zwykle, a przez to zlapali mniej ryb. Sami nie bylismy w stanie nic kupic. Poskarzylismy sie naszemu wlascicielowi, ten bez slowa wstal i poszedla na plaze. Wrocil po chwili niosac 5 swiezych makreli. Chcielismy je od niego odkupic, ale on stwierdzil ze to prezent i zadnych pieniedzy od nas nie przyjmie. Na tym uprzejmosci z jego strony sie nie skonczyly. Wraz z starszym synem przygotowali palenisko, ugrillowali nam nasze rybki. A zeby tego bylo malo gospodyni przygotowala sos balijski i wielka miske ryzu. Kolacje zjedlismy w swietle swiec pod wiata z bambusa przykryta liscmi palmowymi. Na deser podano banany i placek baliski. W czasie kolacji rozmawialismy o jutrzejszej ceremonii, na ktora zostalismy zaproszeni! Bylo nam strasznie glupio, ze nasi gospodarze sa tacy milli, a my potraktowalismy ich dzien wczesniej po indyjsku targujac sie o 20 groszy. Postanowilismy wspolnie im to wynagrodzic.
Amed dzien 3
Dzisiaj wstalismy przed 7, musielismy sie spakowac przed ceremonia ktora zaczynala sie o 7.30. Przed wyjsciem do swiatyni musielismy ubrac oryginalne balijskie swiateczne ubranie, ktore udostepnili nam nasi gospodarze. Tak przebrani dotarlismy do rodzinnej swiatyni naszego gospodarza. Okazalo sie, ze jest spokrewniony blisko z polowa miejscowosci. Ogolnie ceremonia Galungan przypomina troche nasz wielki tydzien. Przed domami stawia sie przygotowane z bambusowych tyk palmy, przysrtojone czcina, bibulkami i obwieszone darami dla bogow – od butelki coli do bananow. Do siwatyni zanosi sie w wielkich blaszanych koszach dary, ktore kaplan polewa woda (cos jak swiecenie koszyczkow w wielka sobote). Po swieceniu pokarmow, spozywa sie je w rodzinnym gronie. My niestety po ceremoni musielismy szybko zapakowac sie do samochodu, ktory mial nas zawiesc do Ubud. Nasi gospodarze przewidzieli jednak taka ewentualnosc i dostalismy swieconke na droge! Bylismy naprawde wzruszeni ich opiekunczoscia i goscinnoscia. Odwdzieczylismy sie im zostawiajac duzy napiwek.
Ubud
Do Ubud dotarlismy kolo 14. Ubud lezy w centralnej czesci wyspy i odcieraja tu juz PRAWDZIWI turysci z okolic Kuty, co psuje troche atmosfere tego miejsca. Zmeczeni przeszlismy sie tylko po okolicy, wstepujac po drodze do Monkey Forest – kawalka puszczy tropikalnej pozostawionej w srodkowej czesci miasteczka. Znaduje sie tam swiatynia krola malp. O Ubud napiszemy wiecej jutro.
S.
P.S. Ponizej zalegle zdjecia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz