Po calodniowej podrozy promem ok 17.30 dotalismy do Labuanbajo, ktore przywitalo nas prawdziwa tropiklana ulewa. W labuanbajo spedzilismy rowno 13 godzin, akurat tyle, zeby zarezerwowac bilety do Bajaway na dzien nastepny i czterodniowy rejs stateczkiem z Labuanbajo do Mataram (w czasie rejsu zwiedzamy min. Komodo, Rince i kilka malych wysepek na polnoc od Sumbawy). Tak wiec warany “robimy” w drodze powrotnej.
Nastepnego dnia pobudka o 4.45. O 5.30 mial byc po nas autobus, ale dotarl do hotelu dopiero o 6.30, tak wiec mielismy duzo czasu, zeby podziwiac wschod slonca.... no coz chyba wolalbym jednak spac. Autobus tzw. Lokalny okazal sie starym busem obwieszonym ze wszystkich stron workami, kanistrami, pakunkami, generatorami!. Tzw. Trans-Flores Highway (autostrada trans-flores) to jedna wielka serpentyna!. Proste kawalki zdazaly sie tylko na plaskowyzach i nigdy nie mialy wiecej niz 300m. Z sufitu naszego wesolego autobusu (kierowca tuz po wyjezdzie wlaczyl radio na pelny regulator, raczac nas disco-indo i rock’n’roll) radosnie zwisaly, hustajac sie na zakretach, nylonowe torebki dla posiadaczy mniej odpornych blednikow. Niewygody podrozy rekompensowaly widoki z okien – pola ryzowe, dzungla, gory, wulkany, cos niesamowitego. O 18 bylismy w Bajawie – malym gorskim miasteczku (najwieksze miasto na flores ma 55 000 mieszkancow, a miasta jakotakie mozna policzyc na palcach 2 rak). Szybko znalezlismy hotel (nie bylo duzego wyboru w miescie jest ich cale 6), przeszlismy sie po miejscowym targu “polujac” na cos do jedzenia i poszlismy sapc.
W niedziele wstalismy wczesnie rano, zeby zdarzyc wypozyczyc motor. Tak do konca nie bylismy przkonani do tego pomyslu. W przewodniku napisano, ze do wisek dotrzec mozna samochodem 4wd lub motorem. Na jeep'a nie bylo nas stac, organizowane wycieczki tez byly za drogie, wiec ostatecznie zostal motor. O 8 poszlismy na msze w pobliskim kosciele (flores to katolicka wyspa). Msza byla oczywiscie w Bahasa Idonesia, trwala 1,5 h i totalnie nie moglismy sie polapac co sie wokol nas dzieje, moze to jakis inny obrzadek?! Po blogoslawienstwie? ruszylismy w droge. Najpierw pojechalismy do wioski Bena - zywego skansenu, zamieszkiwanego przez lud Ngada. Miejscowosc lezy wysoko w gorach, dlatego bardzo dlugo odcieta byla od reszty wyspy. Ludzie w wiosce zyja jak przed 1000em lat, wyznaja mieszanke animistyczno-chrzescianskiej religii. Co niedziele chodza do kosciola (pozostalosc po portugalczykach), grzebia zmarlych w obrzadku katolickim, co nie przeszkadza im skladac ofiar z krwi zwierzat totemom przodkow. Kilka kilometrow za Bena skonczyl sie asfalt. Ale dalej brnelismy dzielnie do Malanage Air Panas (goracych zrodel). Jest to polozone w gorskiej dolinie miejsce, gdzie krzyzuja sie dwa strumienie cieply i zimny. Miejscowe dzieci pozwolily sie nam obfotografowac, efekty mozecie podziwiac ponizej. Nastepnie pojechalismy dalej do miejscowosci Nage, Wogo i Wogo Lama, rowniez zamieszklych przez lud Ngada. Jednak te miejscowosci nie zostaly juz tak "pierwote" jak Bena, widac wplyw terazniejszosci. Przy domach stoja motory, ludzie ogladaja telewizje, a czesc dachow kryta jest blacha, a nie sloma. Mimo to rowniez robily wrazenie. Do hotelu wrocilismy zmeczeni i z obolalymi siedzeniami. Po takich trasach mialem dotychczas przyjemnosc jedzic tylko na rowerze... moze czas pomyslec o cross`ie?
Jutro jedziemy do Maumere - najwiekszego miasta wyspy, gdzie nie ma nic ciekawego, poza urzedem wizowym, ktory musimy odwiedzic. Nasza wiza powoli ulega przeterminowaniu, a my tu chcemy jeszcze zostac!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz